
Nowicjusze
.
Kołyszemy głęboko w sercu naszą obecność we wspólnocie, to dla nas nowe doświadczenie. Cieszymy się z naszych spotkań i dziękujemy, że Jesteście.
Agatka i Włodek (2026)
.
Modlitwa i troska o najbliższych
.
Nasza modlitwa podczas starania się o otrzymanie świadectwa białego małżeństwa:
“Panie Boże, prosimy Cię, daj nam siłę, gdy jesteśmy słabi. Daj nam ramię, na którym możemy się wesprzeć i wypłakać. Gdy upadniemy, pomóż nam się podnieść. Musimy nauczyć się cierpliwie czekać na Twoje działanie. Przypominaj nam, że nigdy nie opuścisz nas z tym ciężarem jaki niesiemy i będziesz z nami. Tam, gdzie kończy się nasza siła, zaczyna się Twoja!”
Decyzją naszą przyjęcia tego białego małżeństwa była moc siły przyjęcia Jezusa Chrystusa do swojego serca i dania przykładu naszym wnukom, że Jezus Chrystus jest ważny w naszym życiu. Podjęliśmy tę decyzję dla nas i dla naszych wnuków, aby zostać w czystości jak brat i siostra i żyć w białym małżeństwie.
Małgosia i Wiesław (2026)
.
Owoce życia w czystości, wdzięczność i oczekiwanie
.
“Jestem zdrajcą i cudzołożnikiem”-ta myśl nie dawała mi żyć przez prawie 15 lat. Jak kamień w bucie, którego nie da się wyjąć. Próbowałam ją zagłuszyć wynajdując różne argumenty. Postanowiłam unieważnić pierwsze małżeństwo. Próbowałam napisać skargę obwiniając w niej o wszystko mojego pierwszego męża. Nie udało się. Duch Święty mi na to nie pozwolił. I całe szczęście. Walczył ze mną plącząc mi myśli i tworzył niepokój w moim wnętrzu. W końcu napisałam ją, mówiąc w niej prawdę o sobie. Cały czas czułam sprzeciw Boga na pomysł unieważniania tego małżeństwa, ale tolerował mój wybór, jeśli złożę skargę do sądu metropolitalnego w formie przyznania się w niej do własnej winy, a nie obwiniania drugiego człowieka. Nie otrzymałam unieważnienia. Nie walczyłam dalej, bo czułam, że walczę z Bogiem. W rozterce przeczytałam fragment w Piśmie Świętym jako odpowiedź Boga na zadane pytanie. Odpowiedź brzmiała: “nie sądźcie się więcej”.
Ponad dwa lata temu, po długiej chorobie, umarł mój tata. Po raz kolejny zawalił się mój świat. Nie godziłam się na jego cierpienie. Przeszłam kryzys. Różaniec stał się jedynym ratunkiem. Modliłam się prawie cały czas, nawet w pracy. Tata był mi bardzo bliski i przez dwa lata patrzyłam jak powoli umiera, a ja razem z nim. W tym czasie zaczęliśmy żyć z mężem jak brat z siostrą. Ale nie jest to nasze poświęcenie. Myślę, że moja żałoba, przemęczenie związane z pracą zawodową i remontem domu, który robimy sami, zrobiło swoje. Po prostu. Tak wyszło. Od tego czasu czuję się coraz lepiej. Jestem zdrajcą i cudzołożnikiem. W końcu mogę się do tego przyznać i akceptuję tę prawdę. Należę do duszpasterstwa, by poczuć się lepiej, bo lepiej człowiekowi, jeśli ktoś ma tak jak ja. Wolę być zdrajcą-Szawłem, który przyznał się do błędu, niż zdrajcą-Judaszem, który do końca swoich dni był przekonany, że ma rację on, a nie Bóg.
Te dwa lata życia w czystości przyniosło konkretne owoce. Ustały natrętne myśli, coraz częściej i coraz więcej jest we mnie ciszy. Jestem radosnym i szczęśliwym człowiekiem.
Czuję więź dziecka z Bogiem Ojcem i Naszą Mamą. Dziękuję Bogu, że mnie nie odrzuca, ale dziś już wiem, że dopóki nie będę Go mogła jeść, będę głodna. Żyję nadzieją, że Bóg nakarmi mnie Sobą chociaż raz przed moją śmiercią, a Mama Niebieska udzieli mi potrzebnej łaski. Modlę się o to codziennie od 15 lat. Z tego miejsca pragnę też podziękować świętemu Pawłowi za to, że mnie karci, upomina, uczy i pokazuje drogę do Prawdy w Jezusie Chrystusie Panu Naszym. Amen.
Ania (2026)
.
Choroba alkoholowa, Medjugorie i czystość w białym małżeństwie
.
Jesteśmy razem z Arkadiuszem od 12 lat.
Patrząc z perspektywy czasu, ten związek nie miał szans na przetrwanie. A jednak….
Oboje pochodzimy z dysfunkcyjnych domów, trudno było się nam porozumieć, z racji braku umiejętności wyrażania uczuć, emocji, konstruktywnej komunikacji. Nasz związek polegał na przyjemności cielesnej i okłamywaniu się, że można w ten sposób żyć szczęśliwie. Deprawowaliśmy dzieci. Za to mam do siebie największy żal, a na domiar złego, byłam w czynnym nałogu, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałam. Ogólnie wysoko funkcjonujący alkoholik, dbający o potrzeby innych z brakiem jakiejkolwiek wartości, z brakiem miłości do siebie samej, staczający się na dno. Obraz nędzy i rozpaczy. Myślę, że ja i Arek mieliśmy bardzo dużo szczęścia, ponieważ na swojej drodze spotykaliśmy dobrych ludzi, mądrych księży, którzy kochają Boga i ludzi. Między innymi ksiądz Marcel, który podczas pandemii, zabrał na do Medjugorie. I myślę, że tam wszystko się zaczęło, choć ja jeszcze tego nie czułam. Owszem, modliłam się i piłam, nawet Tam. Poznaliśmy parę, która już żyła w białym małżeństwie. My nie zmienialiśmy nic w swoim życiu. Byliśmy jeszcze raz w Medjugorie i chyba wtedy zaczęła kiełkować myśl o życiu w czystości. Zaczęłam się czuć coraz gorzej w tym związku, brakowało mi żywej obecności BOGA, pokoju, radości, czułam pustkę i beznadzieję. Wreszcie po rozmowach dojrzeliśmy oboje do tej decyzji. W między czasie trafiliśmy pod skrzydła księdza Krzysztofa Bojana do Niesakramentalnych. To było to miejsce. Wspólnota, która nie ocenia, przyjmuje z otwartymi ramionami takimi, jakimi jesteśmy. Wreszcie nie czuliśmy się wyobcowani, gorsi. Ks. Krzysztof bardzo nam pomógł. Napisał rekomendację (na pewno bardzo pozytywną) w naszej sprawie do księdza biskupa naszej diecezji. Bardzo szybko otrzymaliśmy odpowiedź zezwalającą na białe małżeństwo.
Na przełomie roku 2024/2025 ponownie znaleźliśmy się w Medjugorie. Pierwsza spowiedź po wielu latach, pierwsza komunia Święta, ogromna radość i niedowierzanie.
BÓG ISTNIEJE, BÓG NAS KOCHA, NIE PRZEKREŚLA, NIE WĄTPI W NAS, ZAWSZE CZUWA….
Jestem tego przykładem, mogłam stracić życie, a jednak z Wami jestem. Są trudności, problemy lecz z BOGIEM przeżywa się inaczej.
Uczę się kochać, pragnę kochać i rozdawać miłość ludziom wokół siebie.
Teraz z Arkadiuszem jesteśmy spokojniejsi, bardziej świadomi. Patrzę na Arka sercem, widzę w innym świetle. Bardzo Go kocham i jestem mu wdzięczna, że przetrwał ze mną trudne chwile.
Izabela i Arkadiusz (2026)
.
Przyjaźń, wspólna walka o nas, małżeństwo w sakramencie- nasza droga.
.
Sylwię spotkałem 15 marca 2012 roku, już po rozstaniu z pierwszą żoną. Nasz związek początkowo polegał na czystej przyjaźni, później połączyło nas uczucie miłości. Czas rozwodu – blisko dwa lata – był dla mnie bardzo ciężki. W sądzie wciąż słyszałem kłamstwa kierowane w moją stronę i każda rozprawa to było udowadnianie mojej racji, a mimo to i tak orzeczono rozwód z mojej winy. Cały ten czas Sylwia wspierała mnie i pomagała. W dwa lata po naszym pierwszym spotkaniu, 15 marca 2014 roku, wzięliśmy ślub cywilny. Wkrótce urodziła nam się Ritka, rok później Pawełek, a dwa lata po nim, 15 marca przyszła na świat Martusia. Żyliśmy w związku przepełnionym miłością, żyliśmy w grzechu, ale postanowiliśmy dać naszym dzieciom najlepszy przykład jaki tylko się da. Lecz coraz bardziej doskwierał nam głód Eucharystii. Od lat w kościele siadaliśmy w kaplicy dla dzieci, albo gdzieś z tyłu, z boku, a nawet na polu, by nie przeszkadzać tym, którzy mogli w pełni uczestniczyć we Mszy Świętej. Oboje pragnęliśmy być blisko Boga, ale czuliśmy się gorsi niż pozostali. Końcem roku 2019 zacząłem się przygotowywać do procesu o stwierdzenie nieważności mojego pierwszego małżeństwa. Początkiem roku ‘20 złożyłem wniosek w Sądzie Biskupim w Bielsku-Białej.
Opowiem trochę o procesie. Był długi i ciężki i wydawałoby się, że bez szans na powodzenie. Wszystko przebiegało bez obecności byłej żony i świadków z jej strony. Musiałem dostarczyć wszystkiego dokumenty z rozwodu, odpisy rozpraw, na których byłem za każdym razem szkalowany oraz odpis wyroku z orzeczeniem o mojej winie rozpadu małżeństwa. Mimo to wciąż byłem przekonany o słuszności mojej decyzji i o tym, że będzie dobrze. W trakcie trwania procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa, dzięki znajomej mojej żony znaleźliśmy Wspólnotę Osób Żyjących w Związkach Niesakramentalnych, prowadzoną przez naszego duszpasterza, księdza Krzysztofa Bojana. Tutaj, w tej małej grupce ludzi odnaleźliśmy miejsce dla siebie. W czasie Komunii Świętej, poprzedzonej Modlitwą Pragnienia, mogliśmy podejść do ołtarza, nie po hostię, ale po indywidualną modlitwę dla każdego z nas otrzymywaną z rąk naszego opiekuna. Pamiętam jak bardzo ważne to dla nas było.
Dzięki licznym, prywatnym spotkaniom z księdzem podjęliśmy decyzję o podjęciu próby życia w czystości. Jak brat i siostra. Była to bardziej decyzja mojej żony, ale było to jej życzenie, więc nie mogłem się nie zgodzić. Czas próby początkowo był bardzo ciężki dla mnie. Szargały mną różne uczucia. Czasem się wściekałem, czasem popadałem w poczucie beznadziei, bezradności. Już nawet żona zaczęła się denerwować, że nie mam czasu dla niej, by usiąść i porozmawiać. Ale zrozumiałem, że to działania Złego. Od samego początku procesu nam “dokuczał”, nawet teraz, podczas pisania świadectwa da się odczuć, że nie chce tego pisma. Ale im bardziej nam dokuczał, tym większej siły mi to dawało i radości z tego, że żyjemy w czystości. Czas ten był dla nas czasem duchowej przemiany. Nie potrafię tego ująć słowami. Zaczęliśmy inaczej na siebie patrzeć, inaczej kochać, inaczej cieszyć się sobą. Po dwóch latach okres próby, przez nasz młody wiek, przedłużono nam o kolejne cztery lata, ale w czasie tej próby uzyskałem stwierdzenie nieważności małżeństwa.
15 marca 2024 to był wyjątkowy dzień. Wziąłem urlop robiąc tym żonie niespodziankę. Rano wstałem i powiedziałem jej, że dziś otrzymamy pismo z Kurii Biskupiej i dokładnie tak było- gdy wróciliśmy z zakupów list na nas już czekał. W dniu 12-stej rocznicy naszego spotkania, 10-tej rocznicy ślubu cywilnego i 7-mych urodzin Martusi dostaliśmy pozwolenie na zawarcie ślubu kościelnego. Nie czekaliśmy ani chwili. Żona zorganizowała wszystko w parę dni- datę ślubu, salę, kucharkę, suknie i wszystko co trzeba. Pierwszy raz od lat przystąpiliśmy do Komunii Świętej w przededniu naszego ślubu w trakcie pogrzebu mojego wujka, nasze wzruszenie było tak wielkie, że oboje płakaliśmy. Łez nie musieliśmy ukrywać, w takich okolicznościach są one normalne. 27 kwietnia 2024 roku, podczas Mszy Świętej, której przewodniczył ksiądz Krzysztof Bojan, udzieliliśmy sobie sakramentu małżeństwa. Do ołtarza szliśmy powoli, dumnie z wysoko uniesionymi czołami, prowadziła nas trójka naszych kochanych dzieci, a przy ołtarzu już czekał na nas ksiądz Krzysztof. Nie da się opisać słowami tego szczęścia jakie nas spotkało. W dwa tygodnie później nasza najstarsza córeczka przystępowała do Pierwszej Komunii Świętej. Cieszymy się, że mogliśmy iść razem z nią. Nadal należymy do naszej wspólnoty, staramy się być na każdym spotkaniu, czasem muszę brać urlop, by ten jeden dzień w miesiącu spędzić z naszymi przyjaciółmi. Jako małżeństwo sakramentalne trochę nie całkiem tu pasujemy, ale po naszych przejściach uważamy, że możemy się tu jeszcze do czegoś przydać. Choćby dlatego, że nie każdy wie od czego zacząć proces w Sądzie Biskupim albo czym jest stwierdzenie nieważności i jakie są ku temu podstawy.
Jesteśmy z Wami by pomagać.
Ja, jako żona, mogę tylko dodać, że przez cały ten trudny czas, w którym trwaliśmy, towarzyszył mi jeden cytat z Pisma Świętego:
“Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły; biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą. “ (Iz 40,13)
Sylwia i Andrzej (2026)