Mam 31 lat, jestem szczęśliwa i pełna wewnętrznego pokoju. Nie zawsze tak
było. Ostatnie Święta Zmartwychwstania były dla mnie prawdziwym z Martwych
Powstaniem, ponieważ właśnie wtedy, po pięciu latach bycia w związku
niesakramentalnym, mogłam na nowo przyjąć Pana Jezusa do serca.
Na początku mojego małżeństwa mało zastanawiałam się nad moim odstąpieniem
od sakramentów. Ale z czasem zaczęłam odczuwać wyraźny brak
czegoś ważnego i niepokój z tym związany. Z roku na rok było coraz gorzej,
tak że stało się to dla mnie ogromnym ciężarem.
Z pewnością każdy przeżywa takie doświadczenie indywidualnie. Dla mnie
życie bez pełnego zjednoczenia się z Panem Jezusem w Komunii Świętej oznaczało
stałe, niezaspokojone pragnienie Boga. Dręczący głód Boga. Czasem
poczucie opuszczenia przez Boga. Taki rodzaj czyśćca tu na ziemi. Pragnienie
tak ogromne, że przerodziło się w nieukojony ból, ból duszy. To cierpienie,
o którym chciałam zapomnieć, wyprzeć je, uśpić, ale było to niemożliwe. Częściowe
ukojenie dawała mi adoracja Jezusa Eucharystycznego, głęboka modlitwa,
lektura Pisma Świętego, rozmowy z osobami, które rozumiały mój problem.
W moim małżeństwie nie mogłam zaznać pełnej radości i szczęścia, ponieważ
mój „człowiek wewnętrzny” cierpiał i bał się. A to rzutowało na jakość
moich relacji ze współmałżonkiem.
Na pewno poczucie silnej potrzeby Boga było dla mnie łaską i drogą. Coraz
wyraźniej widziałam jaka ta miłość budująca nasz związek była ułomna. Kiedy
to pojawiały się między nami coraz to nowe problemy, stopniowo przestało
mi zależeć na rozwiązywaniu ich. Wiedziałam że nie jestem zmuszona tkwić
w związku, w którym miłość nie jest prawdziwą WOLNOŚCIĄ. W tym okresie
miałam silne przekonanie, że Pan Jezus się o mnie upomina.
Dodatkowo spolaryzowało moje spojrzenie uczestnictwo w spotkaniach
grupy dla małżeństw niesakramentalnych. Spojrzenie w PRAWDZIE na mój
związek, błędne wybory wymagało ode mnie pracy nad sobą, odwagi i pokory.
Decyzję o rozstaniu z mężem podejmowałam przez prawie rok i była to
najtrudniejsza rzecz w moim życiu, ponieważ jednym z jej skutków jest to
że nasze 2-letnie dziecko wychowuje się bez ojca. Jednak kiedy ją podjęłam
byłam w niej niezachwiana i poczułam ogromną ulgę. Miałam i mam całkowitą
pewność, że uczyniłam rzecz słuszną. Nigdy tego nie żałowałam, bo Pan
Jezus wraz z sakramentem pokuty i Eucharystii dał mi nowe życie. Życie o nowej
jakości. Nawet teraz, kiedy borykam się z samotnym wychowaniem córki
i z innymi codziennymi problemami, jestem pełna siły, pokoju i ufności, bo
wiem że znowu idę dobrą drogą.
KAROLINA