ŚWIADECTWO KAROLINY

Mam 31 lat, jestem szczęśliwa i pełna wewnętrznego pokoju. Nie zawsze tak

było. Ostatnie Święta Zmartwychwstania były dla mnie prawdziwym z Martwych

Powstaniem, ponieważ właśnie wtedy, po pięciu latach bycia w związku

niesakramentalnym, mogłam na nowo przyjąć Pana Jezusa do serca.

Na początku mojego małżeństwa mało zastanawiałam się nad moim odstąpieniem

od sakramentów. Ale z czasem zaczęłam odczuwać wyraźny brak

czegoś ważnego i niepokój z tym związany. Z roku na rok było coraz gorzej,

tak że stało się to dla mnie ogromnym ciężarem.

Z pewnością każdy przeżywa takie doświadczenie indywidualnie. Dla mnie

życie bez pełnego zjednoczenia się z Panem Jezusem w Komunii Świętej oznaczało

stałe, niezaspokojone pragnienie Boga. Dręczący głód Boga. Czasem

poczucie opuszczenia przez Boga. Taki rodzaj czyśćca tu na ziemi. Pragnienie

tak ogromne, że przerodziło się w nieukojony ból, ból duszy. To cierpienie,

o którym chciałam zapomnieć, wyprzeć je, uśpić, ale było to niemożliwe. Częściowe

ukojenie dawała mi adoracja Jezusa Eucharystycznego, głęboka modlitwa,

lektura Pisma Świętego, rozmowy z osobami, które rozumiały mój problem.

W moim małżeństwie nie mogłam zaznać pełnej radości i szczęścia, ponieważ

mój „człowiek wewnętrzny” cierpiał i bał się. A to rzutowało na jakość

moich relacji ze współmałżonkiem.

Na pewno poczucie silnej potrzeby Boga było dla mnie łaską i drogą. Coraz

wyraźniej widziałam jaka ta miłość budująca nasz związek była ułomna. Kiedy

to pojawiały się między nami coraz to nowe problemy, stopniowo przestało

mi zależeć na rozwiązywaniu ich. Wiedziałam że nie jestem zmuszona tkwić

w związku, w którym miłość nie jest prawdziwą WOLNOŚCIĄ. W tym okresie

miałam silne przekonanie, że Pan Jezus się o mnie upomina.

Dodatkowo spolaryzowało moje spojrzenie uczestnictwo w spotkaniach

grupy dla małżeństw niesakramentalnych. Spojrzenie w PRAWDZIE na mój

związek, błędne wybory wymagało ode mnie pracy nad sobą, odwagi i pokory.

Decyzję o rozstaniu z mężem podejmowałam przez prawie rok i była to

najtrudniejsza rzecz w moim życiu, ponieważ jednym z jej skutków jest to

że nasze 2-letnie dziecko wychowuje się bez ojca. Jednak kiedy ją podjęłam

byłam w niej niezachwiana i poczułam ogromną ulgę. Miałam i mam całkowitą

pewność, że uczyniłam rzecz słuszną. Nigdy tego nie żałowałam, bo Pan

Jezus wraz z sakramentem pokuty i Eucharystii dał mi nowe życie. Życie o nowej

jakości. Nawet teraz, kiedy borykam się z samotnym wychowaniem córki

i z innymi codziennymi problemami, jestem pełna siły, pokoju i ufności, bo

wiem że znowu idę dobrą drogą.

KAROLINA